"Awans" Jakub Bielikowski (wyd. Novae Res)

„Jeśli odrzuci się wszystkie hipotezy fałszywe, ostatnia jest prawdziwa”

 

Wiele osób stawia sobie karierę ponad wszelkie inne wartości i jest gotowych na mnóstwo poświęceń, by dopiąć swego celu. Gdy nadchodzi ten moment, że zdobywają upragniony zaszczyt, nagle okazuje się, że ta pigułka ma gorzki smak. Czy tak samo będzie w przypadku bohatera książki „Awans”? O tym musicie przekonać się sami.

 

Jakub Bielikowski ukończył Politechnikę Warszawską z tytułem inżyniera chemika, a także studiował w Laboratorium Reportażu Uniwersytetu Warszawskiego. Na przełomie wieków mieszkał i pracował w Londynie, Sztokholmie i Atenach. Kilkanaście lat temu osiadł w ulubionej Warszawie, choć próbował jeszcze przeprowadzki do RPA i do Moskwy. Po drodze ukończył Warwick Business School w Coventry. Od wielu lat pracuje w sektorze informatycznym – od plaż Sydney, przez kazachskie stepy i pustynie Arabii, aż po hipisowskie San Francisco. Od niedawna prowadzi stronę autorską jakubbielikowski.com

 

Sięgnęłam po ten tytuł, gdyż zaintrygował mnie opis redakcyjny, w którym znalazłam informację, że będzie to kryminalna powieść osadzona w warszawskich realiach sprzed ponad 100 lat. I faktycznie, autor zabrał mnie w fascynującą podróż w czasie, pozwalając poczuć klimat ówczesnego życia. Nie bez znaczenia była też okładka, której front jest w krwiście czerwonych barwach. Na niej, delikatnie wyłania się Plac Krasińskich i kościół garnizonowy uwieczniony przez wybitnego fotografa, kronikarza Warszawy Konrada Brandela, który zasłynął też, jako konstruktor aparatów fotograficznych. Co ciekawe, odbitka została zrobiona z negatywu szklanego, więc fotografia ma swój szczególny, dawny urok.

 

Bohaterem jest trzydziestoletni Andrzej Zaleski, który 9 lat temu ukończył szkołę kadetów i po przejściu przez sześć czynów, czyli stopni w carskiej administracji, ma szansę na kolejny szczebel kariery, jako kapitan carskiej policji. Poznajemy go, gdy właśnie awansował na asesora kolegialnego i późnym wieczorem podąża Krakowskim Przedmieściem do domu. Jest spokojny o swoje bezpieczeństwo, gdyż jest pewien, że nikt nie odważy się podnieść ręki na tak ważną osobistość jak on. Już wkrótce przekonuje się, jak bardzo się mylił. Zostaje napadnięty przez kilku rzezimieszków, z którymi rozprawia się, niczym James Bond, bez żadnego problemu. To wydarzenie wprowadza nas od razu w klimat całej powieści, dając nadzieję na równie emocjonujące epizody w dalszej części fabuły.

 

Po tym zdarzeniu, a którym poznajemy możliwości porucznika Zaleskiego, cofamy się do dnia 23 października 1889 roku, by poznać wydarzenia doprowadzające bohatera do sytuacji z prologu. Spędzamy, więc z nim ponad rok czasu, odkrywając jego różne oblicza i sekrety, o których nie wie nawet jego żona.

 

Początkowe rozdziały toczą się jak typowy kryminał, w którym śledzimy postępowanie śledcze w sprawie morderstwa rodziny rejenta Wolskiego. Oni jak i służąca zostają znalezieni z poderżniętymi gardłami w swoim mieszkaniu mieszczącym się w kamienicy przy Koszykach. Andrzejowi Zaleskiemu pomaga prystaw, czyli komisarz carskiej policji, Morozow, który przypomina sobie, że kilka miesięcy temu miało miejsce podobne wydarzenie, gdzie także dokonano takiej makabrycznej zbrodni. Ofiarą była wówczas rodzina mecenasa Łokietka. Śledztwo odsłania działania dobrze zorganizowanej grupy przestępczej okradającej w specyficzny sposób bogatych mieszkańców Warszawy.

 

„Awans” to doskonale napisany kryminał retro z wątkiem politycznym, charakterystycznymi postaciami i tłem historycznym. Ogromne uznanie należy się autorowi za staranne i dokładnie oddanie klimatu ówczesnej Warszawy, ale też specyfiki społeczeństwa, różnorodności, nastrojów i politycznych realiów. Wykorzystał publikacje wielu autorów o XIX-wiecznej Warszawie i jej ówczesnych mieszkańcach takie jak felietony Jerzego Kasprzyckiego, Stanisława Milewskiego, Karoliny Głowackiej i Joanny Kuciel-Frydryszak. Dzięki temu mamy możliwość poczuć atmosferę minionych czasów, które zostały nakreślone przez autora bardzo realistycznie

 

To czas, gdy Warszawa jest określana, jako „małe, spokojne miasto, nie jakaś Łodź czy Piter” a na jej ulicach nie ma już cuchnących rynsztoków, gdyż zaczęła funkcjonować kanalizacja. Polska była wówczas jeszcze pod zaborami a Warszawę określano, jako Trzecią Stolicę Imperium Rosyjskiego, po Moskwie i Petersburgu pod rządami cara Aleksandra III.

 

Fabuła nie pędzi jak szalona, ale mimo to wciąga w swoje intrygujące macki, prowadząc nas przez zaułki dawnej Warszawy, oddając bardzo obrazowo nastrój ówczesnego miasta pod zaborem pruskim. Dodatkowym walorem, pozwalającym wczuć się w dawną atmosferę, jest styl, jaki autor stosuje, używając dawnych nazwy ulic i miejsc oraz wplatając rosyjskie i żydowskie słownictwo, które w przypisach u dołu strony wyjaśnia, dzięki czemu mamy dodatkową porcję informacji o minionych czasach zaborów. Wraz z kolejnymi rozdziałami wyłaniają się też inne wątki, które pokazują nam tło polityczne, nastroje panujące wśród mieszkańców stolicy oraz kontrasty społeczne.

 

Pan Jakub Bielikowski opowiada nam o tym wszystkim z lekkością, zaangażowaniem i bez zbędnych opisów, tworząc wciągającą opowieść, w której odnajdziemy zarówno wątki obyczajowe, kryminalne, sensacyjne, jaki i szpiegowskie oraz polityczne. Swoim stylem sprawia, że zapominamy o współczesnych realiach, by razem z bohaterem podążać ulicami dawnej Warszawy, co dla obecnych mieszkańców stolicy z pewnością jest nie gratką. Podtytuł książki „Detektyw Warszawski”, sugeruje, iż nie jest to nasze ostatnie spotkanie z Andrzejem Zaleskim, więc mam nadzieję, że powstaną kolejne części. Na stronie autora możemy znaleźć opowiadania, które nawiązują do tej postaci i dają nadzieję na kontynuację.

 

"Dobra siostra" Sally Hepworth (wyd. Proszyński i S-ka)

Mam siostrę i bardzo ją kocham. Odkąd pamiętam, byłyśmy i do dziś jesteśmy sobie bardzo bliskie. Wspieramy się, pomagamy sobie i zawsze służymy dla siebie wzajemnie dobrą radą. Uważam, że nasza relacja jest piękna i jestem za nią bardzo wdzięczna. Nasi rodzice od najmłodszych lat powtarzali nam, że więź, która nas łączy jest wyjątkowa i musimy o nią dbać, ale uczyli nas także, że każda z nas jest odrębną jednostką i nie powinnyśmy budować swojego życia, wieszając się na tej drugiej i uzależniając się od niej. Zawsze czułyśmy, że jesteśmy silne i każda z nas potrafi zbudować swoje życie na własnych zasadach i według własnej wizji. Jest to jak najbardziej zdrowe podejście. Jednak życie pisze naprawdę różne scenariusze i nie w każdej rodzinie relacje między rodzeństwem budowane są poprawnie, choć na zewnątrz nic na to nie wskazuje, a co więcej często są one postrzegane, jako godne podziwu. 
 
Poznajcie Rose i Fern – siostry bliźniaczki, bohaterki książki autorstwa Sally Hepworth „Dobra siostra”, z której recenzją dziś do Was przychodzę. Kiedy my czytelnicy wkraczamy w ich życie, są już dorosłymi kobietami, które mają za sobą bardzo trudne dzieciństwo spędzone pod opieką matki socjopatki, które możemy poznać na podstawie wpisów z pamiętnika pisanego przez Rose. To z niego dowiadujemy się, że nie matka, a właśnie Rose, stała się najbardziej oddaną opiekunką dla Fern. Ona bowiem, jest inna, niż wszyscy ludzie wokół i trzeba ją chronić. Rose cierpi na nadwrażliwość emocjonalną na bodźce zewnętrzne takie jak dźwięk, światło i dotyk. Często świat wokół ją przytłacza i wtedy staje się bezbronna. Nie potrafi też do końca poprawnie odczytać zachowań ludzi i ich intencji, ale wtedy może liczyć na pomoc siostry. Ona była przy niej zawsze, by ustrzec przed gniewem matki i uchronić przed konsekwencjami strasznego czynu, który popełniła wiele lat temu. Prawda została ich tajemnicą i odeszła w zapomnienie. Fern jest przekonana, że siostra chce dla niej jak najlepiej i to w niej pokłada największą ufność. Przyznajcie, że trudno nie być pod wrażeniem więzi łączącej dziewczyny. A gdybyście jeszcze potrzebowali dodatkowego potwierdzenia jej wyjątkowości, to zdradzę Wam, że największym marzeniem Rose jest zostać matką. Niestety starania o dziecko nie przynoszą rezultatów, więc Fern oferuje siostrze pomoc w urzeczywistnieniu jej pragnienia. Niestety sprawy przybierają nieoczekiwany dla Rose obrót. Widzi, że siostra dokonuje wyborów, które mogą zagrozić im obu, a także odkryć skrywane tajemnice, o których świat nigdy miał się nie dowiedzieć. Klucz do ich odkrycia zniszczy wszystko i ściągnie kurtynę pozorów.
 
Na kartach książki poznajemy dwie zupełnie różne od siebie postacie. Ich portrety zostały wykreowane tak, byśmy wyraźnie mogli dostrzec te kontrasty. Fern przez to, że zmaga się ze swoimi ograniczeniami, wynikającymi z silnego odbierania bodźców otaczających ją każdego dnia często czuje się, jak w pułapce, w której musi walczyć o każdy oddech. Wówczas jest słaba i potrzebuje poczucia bezpieczeństwa. Uwierzy we wszystko i zrobi wszystko, aby odzyskać ciszę i spokój, którego tak bardzo potrzebuje. Wie, że kiedyś zrobiła coś złego i czuje, że tak, jak wtedy tak i teraz nie poradzi sobie bez pomocy Fern. No właśnie Fern, ona pamięta przeszłość zupełnie inaczej, aniżeli jej siostra, która w każdym człowieku widzi wyłącznie dobro. Jeśli chcecie dowiedzieć się, czyja prawda jest rzeczywiście taka, jaką nam ją przedstawiono, koniecznie sięgnijcie po książkę. Nie zapomnijcie tylko, że przed prawdą nie da się uciec i prędzej, czy później trzeba będzie się z nią zmierzyć, a to, co ona za sobą niesie, może w jednej chwili wywrócić nasze życie do góry nogami. Prawda może okazać się szokująca, a wręcz przerażająca.
 
„Dobra siostra” to książka, która pokazuje, jak silnym narzędziem władzy nad drugim człowiekiem jest manipulacja i uzależnienie emocjonalne. Fern i Rose, będąc dziećmi, przez wiele lat każdego dnia były jej ofiarami. Matka bez skrupułów grała na uczuciach i emocjach córek po to, by wymóc na nich wyrazy uwielbienia i oddania względem swojej osoby.
Co za tym idzie, same również mogły przez tak długi czas wiele się od niej nauczyć. Musicie sprawdzić koniecznie, która z nich opanowała tę sztukę do perfekcji i czemu ma ona teraz służyć.
 
Książka, którą Sally Hepworth oddała w nasze ręce, skrywa w sobie pełną tajemnic i pozorów historię zbudowaną na iluzji tego, co jest nam pokazywane. Czytając ją, bardzo szybko zyskacie przekonanie, że już wszystko wiecie, ale autorce właśnie o to chodzi. Chce, żebyśmy tak czuli po to, abyśmy ostatecznie zaskoczeni przyznali, że nie wiemy nic. Autorka również nami manipuluje i wodzi nas za nos. To jest świetne, ponieważ brnąc w fabułę i na każdym kroku przekonując się, jak bardzo nasze przewidywania się nie sprawdzają, z większą jeszcze ciekawością chcemy dążyć do odkrycia całej prawdy.
 
Macie moje słowo, że ta książka Was wciągnie i zapewni Wam lekturę, od której nie będziecie mogli się oderwać. Od początku do końca bowiem osnuta jest klimatem niepewności tego, co wydarzy się za chwilę. Nie liczcie jednak na dynamiczną akcję. Muszę wręcz powiedzieć, że na wydarzenia, które przykują uwagę i nie pozwolą Wam odłożyć książki, będziecie musieli poczekać dłuższą chwilę. Cierpliwość na pewno zostanie Wam wynagrodzona, bo im wraz z rozwojem fabuły, jest coraz lepiej. Jeśli dacie się namówić na spędzenie czasu z tą książką, na co nie ukrywam, mocno liczę, dostaniecie wciągający i dający do myślenia dramat rodzinny, który skłoni Was do wielu refleksji, odnośnie silnej potrzeby bycia kochanym.

"Skradziona Kołysanka" Anna Stryjewska (wyd. Szara Godzina)

 

Jest wiele rzeczy i zachowań ludzkich, które sprawiają mi ogromną przykrość, a nawet bolą. Jedną z nich jest powierzchowność postrzegania przez nas drugiego człowieka. Nie mogę zrozumieć tego, z jak wielką łatwością potrafimy oceniać innych i wyrabiać sobie własne o nich zdanie tylko na podstawie tego, co widoczne dla oczu. Nie próbując najczęściej dowiedzieć się o tej osobie niczego więcej. Często w swoim otoczeniu spotykamy osoby ubogie, biednie ubrane, niestroniące od alkoholu. Wówczas trzymamy się od nich z daleka. Bez chwili zastanowienia przyklejamy im łatkę pijaka i włóczęgi, od którego trzeba stronić, bo jeszcze jakąś zarazę przyniesie. Tymczasem, nie wolno nam zapominać o tym, że za tą powierzchownością kryje się życiowa historia, której przewrotny los mógł uczynić tych ludzi, takimi, jakimi widzimy ich dzisiaj. Mówiąc szczerze, poczułam ogromną ulgę, mogąc podzielić się z Wami tym, co myślę i czuję. Jednak zapewne nie zrobiłabym tego jeszcze bardzo długo, gdyby nie lektura najnowszej książki Anny Stryjewskiej „Skradziona kołysanka”, której premiera odbędzie się już jutro, a którą mój blog ma ogromną przyjemność objąć swoim patronatem medialnym.

 
Mam nadzieję i chcę mocno wierzyć w to, że każdy, kto zechce sięgnąć po tę powieść, do czego już teraz gorąco zachęcam, poznając losy jej głównej bohaterki Barbary Walczak, zanim następnym razem osądzi kogoś z góry, dwa razy się przedtem zastanowi.
 
Basia jest mieszkanką małej miejscowości Wetlina w Bieszczadach. Kobieta wiedzie samotne, ubogie życie. Wśród tamtejszej społeczności, której jest częścią, spotyka ją wiele przykrości i upokorzeń. Z uwagi na to, że często zagląda w kieliszek, równie często znajduje się na ludzkich językach. Mieszkańcy uznali ją za menelkę, dziwaczkę i wariatkę. Nierzadko zdarza się także, że staje się ona obiektem wielu obelg, drwin i wyzwisk ze strony dzieci. Dla samej Basi jest to jednak niczym w porównaniu do tego, co trawi jej serce i duszę już od kilku lat. Gdyby bowiem ci, którzy traktują ją, jak śmiecia spojrzeli jej w oczy, dostrzegliby w nich ogromny ból i rozpacz wynikającą z traumatycznych przeżyć dramatu przeszłości, od którego wspomnień nasza bohaterka pragnie uciec. Myślę, że nikogo z Was nie muszę przekonywać, iż człowieczy los nie jest bajką, ani snem. Nawet jeśli w danej chwili swojego życia czujesz, że masz wszystko i udało ci się złapać Pana Boga za nogi, wystarczy zaledwie moment, aby zepchnąć cię w otchłań cierpienia, zniszczyć i uczynić wrakiem człowieka. A już z pewnością nie trzeba przekonywać do tego Barbary Walczak. To właśnie jej życie jest bardzo wstrząsającym dowodem słuszności tych słów.
 
Kiedyś nasza bohaterka cieszyła się wielką sławą. Będąc wokalistką zespołu muzycznego odnoszącego wielkie sukcesy, pławiła się w uwielbieniu i miłości tłumów ludzi, którzy kochali jej piękny śpiew. Scena i muzyka były jej całym światem. Potem przyszłą miłość. Do pełni szczęścia brakowało tylko dziecka. A kiedy i ten długo wyczekiwany skarb pojawił się na świecie Basia czuła, że osiągnęła już pełnię szczęścia i teraz chce poświęcić się wychowaniu dziecka, które przy mamie nucącej napisaną specjalnie dla córeczki kołysankę czuło się najbezpieczniej. Dla matki, która rodzinę stawiała zawsze na pierwszym miejscu swojej hierarchii wartości, była to najlepsza decyzja. Ciesząc się miłością męża i czasem spędzonym z córeczką przy nieocenionej pomocy mamy Haliny mogła napawać się swoim szczęściem.

Oczywiste jest, że nikt wówczas nawet przez ułamek sekundy nie pomyślał o tym, że los bywa przewrotny i tak samo, jak potrafi nas szczodrze obdarować swoimi dobrami, tak samo szybko potrafi zabrać to, co dał. Jeszcze nie wiedzą, że niebawem ich rodzina przeżyje największy dramat, jakiego można doświadczyć. Dramat, który sprawi, że Basia straci wszystko, co miała, a sama umrze dla reszty świata. O tym jednak musicie przeczytać już sami.
 
„Skradziona kołysanka” to bardzo poruszająca i emocjonalna historia pokazująca przemianę człowieka pod wpływem dramatycznych i bolesnych doświadczeń życiowych. To przejmujący obraz tego, jak pod wpływem nieopisanego bólu i straty z człowieka będącego na szczycie sławy można stać się nikim dla innych. Autorka pokazała nam także, jak bardzo potrafią zmienić się relacje w małżeństwie i rodzinie pod wpływem druzgocących nas przeżyć, z którymi nie potrafimy sobie poradzić. Andrzej, mąż Basi, z którym współtworzyła zespół, nieustannie zapewniał ją o swojej miłości i oddaniu. Patrzył na nią z ogromnym podziwem, aż do momentu, kiedy trzeba było przeistoczyć te piękne słowa w czyny i trwać przy sobie na dobre i na złe. Nie zdradzę nic więcej, abyście sami mogli przekonać się, czy słowa te miały dla tych dwoje jakąkolwiek wartość.
 
Muszę Wam się przyznać, że kiedy zaczynałam czytać „Skradzioną kołysankę” z racji tego, że jak wspomniałam wcześniej, podjęłam się opieki medialnej nad nią, miałam wrażenie, że mniej więcej wiem, czego mogę się po niej spodziewać. Wszak przygotowując dla Was posty ją promujące, czytałam fragmenty, cytaty. I wiecie co, bardzo się myliłam. Dopiero poznając całość powieści, poczułam się zdruzgotana emocjonalnie nie tylko jako czytelnik, ale przede wszystkim, jako kobieta. Nie potrafię nawet myśleć o tym, co czuje kobieta, która doświadcza tak niewyobrażalnej tragedii, jaka stała się udziałem Basi. Musicie bowiem wiedzieć, że choć ta historia jest fikcją literacką, to niestety takie dramaty zdarzają się także w prawdziwym życiu. Nie dziwię się zupełnie, że przez to, co spotkało Basię, stała się taką, a nie inną osobą. Ktoś okradł ją z największego skarbu i odebrał jej najpiękniejszą melodię.
 
Czytając tę książkę, płakałam jak dziecko, czułam ogromną bezsilność wobec tego, że w żaden sposób nie mogę pomóc Basi, a jednocześnie przez cały czas w myślach mówiłam do niej „Nie poddawaj się, nie trać nadziei. Nie jesteś sama”. I rzeczywiście na szczęście autorka nie zostawiła Basi w jej niedoli zupełnie samej. Znaleźli się w jej jakże zupełnie odmienionym obecnie życiu ludzie, którzy dostrzegli w niej coś więcej niż podarte ubranie, czy odór alkoholu, które było od niej czuć. Nie będę opisywała Wam szczegółów, ale nie mogłabym nie zwrócić Waszej uwagi na wyjątkową relację, która połączyła Basię z małą Mają. Choć Maja jest dzieckiem, a Basia dorosłą kobietą bardzo wiele je łączy. Obie czują się w pewien sposób wyobcowane. I tylko one potrafią dostrzec u siebie wzajemnie dobroć i wyjątkowość, której nikt inny nie dostrzega. Tylko one czują, jak bardzo są do siebie podobne.
 
O samej fabule książki nie napiszę już ani słowa więcej, ponieważ chcę, abyście sami mogli ją poznać i poczuć jej wyjątkowość, ale na pewno chcielibyście poznać trochę szczegółów, jeśli chodzi o stronę techniczną tego tytułu. Ci, którzy znają już twórczość Anny Stryjewskiej, zapewne zgodzą się ze mną, że w pisanie każdej swojej książki wkłada ona całe serce i to się czuje już od pierwszych czytanych zdań. Tak też jest i tym razem. Ania już w pierwszej scenie bardzo mocno wzbudza ciekawość czytelnika i przykuwa jego uwagę. I tak zostaje już do samego końca. Powieść ta osnuta została wyjątkowym klimatem, który sprawił, że czujemy się częścią rozgrywających się na jej kartach wydarzeń, przez co, bardzo mocno wpływają one także na nas samych. Bogactwo języka oraz lekkość stylu, którym posługuje się autorka, sprawia, że książkę czyta się z ogromną lekkością i płynnością, a jednocześnie niemijającym uczuciem przejęcia. Na uwagę zasługują również kreacje postaci bohaterów, którzy są bardzo prawdziwi. Popełniają błędy, są często niesprawiedliwi i bezlitośni w swoich osądach. A jednocześnie pragną zrozumienia i wybaczenia. Warto podkreślić również, że całość fabuły została podzielona na dwie perspektywy czasowe. Wydarzeń mających miejsce w Łodzi lat dziewięćdziesiątych i współczesnych w Wetlinie.
 
Jeśli chcecie przeczytać mądrą, poruszającą i bardzo emocjonalną powieść, która będzie bezlitosna pod względem przeżyć towarzyszących jej lekturze, to nie wahajcie się ani chwili. Będziecie płakać, czuć niemoc i bezsilność, ale także nie stracicie do końca wiary w to, że zły los Basi w końcu się odmieni, bo jak nikt inny na to zasługuje. To jedna z tych książek, której się nie czyta, a  przeżywa i o której nigdy się nie zapomina. Pochłonie Was bez reszty i nie pozwoli przerwać lektury nawet na chwileczkę. Zarwana noc i kac książkowy gwarantowany. W moim sercu „Skradziona kołysanka” ma już swoje miejsce i zostanie w nim na zawsze.

 

„Blizny przeszłości” Krystyna Mirek (wyd. Filia)

Małomiasteczkowa duszna atmosfera, gdzie wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą, a to czego nie wiedzą dopowiedzą sobie. Sukcesy i porażki są tam bardziej widoczne i pamiętane, nie ma anonimowości. Jednak sekrety mają się dobrze w takim klimacie, nawet można powiedzieć, że doskonale, bo chroni je wiele osób powiązanych ze sobą skomplikowanymi więzami lojalności, różnorodnych zależności, niekiedy strachu i wreszcie interesów. Czy da się przerwać to błędne koło?

 

Maja wie, że jest kluczem do tego, co wydarzyło się kilkanaście lat temu. Teraz nie jest dzieckiem, lecz tamta noc pozostawiła w niej blizny. Zabójstwo jej ojca zostało wyjaśnione wyjaśnione, osądzone i wymierzono karę. Ale dla niej jeszcze ta sprawa nie zakończyła się. Powrót do miejsca, gdzie zamordowano Aleksandra Sokołowskiego wcale nie jest sentymentalną podróżą, chociaż naznaczona jest silnymi emocjami. Dziewczyna wzbudza zainteresowanie, lecz także niepokój wśród miejscowych, to pierwsze jest zrozumiałe, skąd bierze się to drugie? Śledztwo wskazało zabójcę, nic już nie ma do dodania, jednak chyba nie każdy zgadza się z tym. Piętnaście lat to sporo czasu, ale nie dla wszystkich, pamięć ludzka przechowuje dużo różnorodnych informacji, niekiedy wydają się one absurdalne, nie mające racji bytu, pozbawione logiki, ale tkwi w nich jakieś irracjonalne poczucie, iż nie są do końca tym, za co były brane. A jeśli prawda jest całkowicie odmienna niż twierdzono? Tak samo jak i ludzie, czyżby nadszedł moment gdy maski opadną?

 

Napisać naprawdę dobry kryminał, który nie tylko wciągnie czytelnika, ale utrzyma jego uwagę do samego końca i pozostawi po sobie apetyt na więcej nie jest wcale łatwo. Krystyna Mirek ze swoją najnowszą książką brawurowo weszła w świat zbrodni. Niepokojący nastrój spleciony z mrokiem i deszczową aurą doskonale uzupełnia suspens, w jakim od samego początku jest dużo znaków zapytania, a im bardziej zagłębiamy się w lekturę tym ich coraz więcej. „Blizny przeszłości” mają w sobie to „coś”, które nie pozwala oderwać się od lektury, wprost z każdą stroną pochłaniają czytelnika. Od pierwszych do ostatnich stron czujemy, że dosłownie w powietrzu wisi nieokreślone zagrożenie, pierwotny lęk, kryjący się w każdym z bohaterów, mający niejedno imię, lecz jedno źródło. Przeszłość, to w niej kryje się prawda, chociaż czy na pewno? Fabuła kluczy, podsuwa pewne przypuszczenia, skłania do szukania odpowiedzi na pytanie, te zadane wprost i chowające się między wierszami. W tej historii zło jest niezaprzeczalne, ale czy dobro również takie jest? Kto jest sprzymierzeńcem, a kto wrogiem? Krystyna Mirek zwodzi, nieustannie podkopuje pewność, że zaraz wszystko stanie się jasne. Klimat noir ani na moment nie znika, nic nie rozjaśnia małomiasteczkowego krajobrazu, nie gdzieś tam kryje się to, co najgorsze, ale wśród znanych miejsc i przede wszystkim ludzi. Zbrodni nie da się oswoić, przywyknąć, niektórzy starają się od niej umyć ręce, zrzucić za nią winę na kogoś innego, pozwala to na jakiś czas, krótszy lub dłuższy, egzystować prawie normalnie. Tyle, że to „prawie” jest swoistym mieczem wiszącym nad głową, kiedy upadnie odsłonie wszystko to, od czego się uciekało się, odwracało głowę, co tłumiono.