Wywiad z Aliną Krzywiec, autorką powieści "Kolebka. Teraz. Kiedyś. Później."

Rozmowa Magdaleny Knedler z Aliną Krzywiec, autorką powieści „Długa zima w N.” i „Kolebki”

 

 

Pod koniec ubiegłego roku Alina Krzywiec z pompą wkroczyła na polski rynek wydawniczy, prezentując czytelnikom swoją świetną debiutancką powieść – „Długa zima w N.”. Z autorką rozmawiamy o poszukiwaniu tożsamości, złych matkach, PRL-u, historii, sympatycznych i niesympatycznych bohaterkach, a także o inspiracjach i planach na przyszłość.  

 

 

Magdalena Knedler:  Twoja debiutancka powieść, „Długa zima w N.”, to dość kontrowersyjny i bezkompromisowy portret współczesnej  kobiety upadłej. W „Kolebce” nie ostrzysz już tak bardzo pióra i kreślisz ciepłą w swej wymowie opowieść o poszukiwaniu tożsamości. Który styl jest Ci bliższy? 

 

Alina Krzywiec: Przyjęte narracje miały załatwić inne rzeczy, czym innym kierowałam się, pisząc „Długą zimę w N.”, a czym innym „Kolebkę”. Debiut był książką zrodzoną ze złości i w złości, postać głównej bohaterki, Marii B., i tak została przeze mnie potem ocieplona. To dla mnie przede wszystkim opowieść o złych matkach, pisana przez kobietę, która marzy o macierzyństwie, ale los jej nie sprzyja. Książka zrodziła się z obserwacji tych kobiet, które traktują dzieci jak własność, balast, obciążenie, albo – pozornie pozytywnie – jak medal dla swoich umiejętności wychowawczych, czyli dla wszystkich tych, które coś poprzez dziecko sobie w życiu „załatwiają”, odzierając je z autonomii i integralności. 

 

M.K.: Sama również jesteś matką. Wiesz zatem, że to nie takie łatwe zadanie...

 

A.K.: Tak i swoją drogą, od kiedy mam dzieci, jestem wobec innych matek o wiele bardziej wyrozumiała. Chciałam pokazać, jak łatwo jest w życiu przeoczyć rzeczy ważne, zbyt mocno koncentrując się na wyobrażeniach, fantazjach, swoim chciejstwie. Ale też to, że nie ma przymusu macierzyństwa, że należy odpowiedzialnie zadać sobie pytanie – po co się pakować w dożywotnie zobowiązanie? 

 

M.K.: Maria B. z „Długiej zimy w N.” nie potrafi być dobrą matką, a Marta Żółkiewska z „Kolebki” marzy o dziecku i wydaje się być do tego emocjonalnie gotowa. Musi jednak swoje odczekać, przeżywa osobistą tragedię. A jednak jest w niej siła. To nie jest „smutna” dziewczyna...

 

A.K.: „Kolebkę” zaczęłam pisać od razu po ukończeniu pierwszej książki i czułam silną potrzebę stworzenia postaci mniej ekscentrycznej niż Maria B. Kogoś, z kim przyjemnie będzie mi spędzić kilka miesięcy. Jednocześnie cały czas pamiętałam, o czym ta opowieść ma być i zależało mi, żeby Marta Żółkiewska była bardziej typowa, także po to, by czytelniczki mogły się w jej rozterkach związanych z poszukiwaniem tożsamości odnaleźć. Zależało mi, żeby to była historia ciepła w swojej wymowie i cieszę się, że tak ją postrzegasz, bo czasem docierają do mnie opinie, że „Kolebka” jest powieścią smutną, co zawsze mnie dziwi. 

 

M.K.: „Kolebka” to historia dziewczyny urodzonej przez Niemkę-bękarta wojny, przygarniętą i wychowaną przez Żydówkę i zdeklarowanego komunistę. Kwestia mentalnego i kulturowego dziedzictwa stanowi oś konstrukcyjną całej powieści. Skąd pomysł na właśnie taką fabułę?

 

A.K.: Urodziłam się i wychowałam na Dolnym Śląsku, w miejscowości, która przed II wojną światową ani przez pół dnia nie była polska, mimo to tereny te nazwane zostały Ziemiami Odzyskanymi. W dzieciństwie problemy kulturowego dziedzictwa nie zaprzątały mi głowy. Pamiętam dokładnie, kiedy dotarł do mnie sens przymiotnika „poniemiecki”. Zawsze tak się mówiło, ale było to słowo pozbawione kontekstu historycznego. Przez długi czas sądziłam, że to tak samo neutralne określenie, jak np. ze spadzistym dachem, z gankiem, czy przedwojenny. Bagaż historyczny ukryty w tym słowie dotarł do mnie dopiero, kiedy zaczęłam zastanawiać się nad historią własnej rodziny, która także musiała na skutek zawirowań wojennych opuścić swoje rodzinne strony i wprowadzić się do cudzych domów. Zbieżność ich losów dała mi do myślenia, ale poprzedni ustrój nie był życzliwy takim rozmyślaniom i niewiele znalazłam informacji o poprzednich mieszkańcach Milicza. To się bardzo zmieniło w ostatnich latach.

 

M.K.: Właśnie – sama również pochodzę z „poniemieckiego” Wrocławia i mam wrażenie, że trochę się obecnie tą „niemieckością” szczycimy... We Wrocławiu odsłania się np. oryginalne niemieckie szyldy czy napisy na budynkach.

 

A.K.: Tak, niemieckość tych terenów przestała być tabu, muszę przyznać, że do tradycji niemieckich sięga się wręcz z chlubą, wyciągając co rusz przykłady niemieckiej gospodarności, której efekty widoczne są do dziś (np. pewne rozwiązania związane z regulacją rzek, czy hodowlą karpia). Drugim tabu polskiej pamięci historycznej jest Zagłada Żydów. Tu posługujemy się znowu pewnymi hasłami, które, jak ten przymiotnik „poniemiecki”, pozostają w świadomości społecznej nierozkodowane. Niby wszyscy wiedzą, że Żydzi przed wojną stanowili znaczącą mniejszość (10% ludności, około 30% ludności miejskiej), ale ogół nie uświadamia sobie ani skali tej zagłady i jej bezpowrotnej straty, ani współodpowiedzialności za ich los. Te dwie kwestie – historycznych tabu wysiedlenia Niemców i Holocaustu przyświecały mi przy konstruowaniu tej powieści. Dlatego bohaterką uczyniłam Polkę, która zarówno o żydowskich korzeniach babci, jak o niemieckości matki dowiaduje się już jako osoba dorosła i dopiero wówczas musi się do obu kwestii ustosunkować. Chciałam te skomplikowane tematy ubrać w dobrze znany z literatury kobiecej schemat – powrotu na prowincję.   

 

M.K.: W „Kolebce” odwołujesz się do pokrętnej historii Polski i dziejowego zdeterminowania Polaków. Przeszłość jest dla Ciebie ważna? Pamiętasz kawałek PRL-u?

 

A.K.: O PRL otarłam się jako dziecko, w 1989 roku miałam dwanaście lat, i zapamiętałam ją tak, jak pamięta się dzieciństwo, nostalgicznie. Czasem mam wrażenie, że żyję już bardzo długo, bo ówczesna rzeczywistość wydaje się odległą epoką. Na przykład kiedy pomyślę, że w znajomych domach, podobnie zresztą jak u mnie, dekorowało się mieszkania pustymi puszkami po piwie czy Coca-Coli. Zbierałam sreberka od czekolad i papierki po cukierkach, historyjki z gum z Donaldem to był prawdziwy rarytas. Prawdziwym przedmiotem pożądania były katalogi wysyłkowe Otto, przywożone z Niemiec, nie mówiąc już o sfotografowanych tam zabawkach. Taka była rzeczywistość lat osiemdziesiątych małego miasteczka w zachodniej Polsce i tego moje dzieci już nie będą w stanie zrozumieć. Może dlatego cenię przeszłość, bo zaczynam odkrywać, że moi rodzice i dziadkowie też spędzili kawał życia w realiach, które są nie do odtworzenia. Pamiętam jak mój ojciec przyjechał z Niemiec fiatem 126p na niemieckich numerach rejestracyjnych. Te niemieckie tablice od razu nadawały autu szlachetności. I chociaż był to najbardziej pospolity samochód w tamtych czasach, nikt nie mógł go rozpoznać, pomimo emblematu marki. Wszyscy pytali z niedowierzaniem, jaki to samochód. Po prostu nie mieściło im się w głowie, że z tego kapitalistycznego raju można wrócić maluchem. W moich stronach ciągle aspiracje pobudzała bliskość niemieckiej granicy, nawet DDR, zresztą do tej pory tak jest, czego przykłady można odnaleźć w „Kolebce”.

 

M.K.: A nie wydaje Ci się, że dzieci były wtedy bardziej pomysłowe? Bawić można się było czymkolwiek, wyczarować coś z niczego. Teraz wszystko jest na wyciągnięcie ręki. 

 

A.K.: Rzeczywiście, dzieciństwo w PRL-u to też czas kreatywnych zabaw. Jako dziecko uwielbiałam zabawę korzeniami, razem z moją ówczesną przyjaciółką wyrywałyśmy kępę trawy, czesałyśmy jej włosy, ubierałyśmy w krawieckie ścinki i stawała się albo mamą, albo tatą, albo jednym z dzieci. Mama koleżanki zajmowała się szyciem i dysponowała skrawkami materiału, które wspaniale udawały ubrania. Ta zabawa w dom z korzeniami udającymi lalki i płytkami od parkietu, którymi znaczyłyśmy w ziemi kolejne pomieszczenia, dawała mi mnóstwo satysfakcji. Nie wiem, czy dziś, w czasach dobrobytu i wszechobecnej konsumpcji, dzieci jeszcze bawią się w ten sposób. Lubiłam też w porze kwitnienia wiśni siadać pod drzewami, gdzie z inną koleżanką tworzyłyśmy całe historie o tym, co stanie się z kwiatkiem, który połkniemy, czy wyrośnie nam w brzuchu owoc, kilka tygodni później połykałyśmy nabożnie pestki zerwanych z tego drzewa wiśni, dalej drążąc tę kwestię. Teraz myślę sobie, że mało w tym może było absurdów PRL-u, a więcej Bullerbyn. Pamiętam też oczywiście zajmowanie miejsca w kolejce po kawę czy papier toaletowy, apele i pochody pierwszomajowe, choć wówczas nie zdawałam sobie naturalnie sprawy z tego, że jesteśmy poddawani indoktrynacji, a w domu się o tym raczej nie mówiło. Szerokim echem odbiła się debata Wałęsa-Miodowicz, a potem pierwsze wybory, które zresztą wywołały, czy też może ujawniły pierwsze polityczne podziały w rówieśniczej grupie. 

 

M.K.: Maria B. z „Długiej zimy w N.” to anty-bohaterka, anty-żona, anty-matka. Zdradza męża, nie kocha swojej córki. Marta Żółkiewska z „Kolebki” to introwertyczka, obsesyjnie poszukująca swojego „ja”, ale w gruncie rzeczy dziewczyna „dobra”. Rogaliki upiecze, dżem usmaży…Którą ze swoich literackich „córek” bardziej lubisz? 

 

A.K.: Zdecydowanie bardziej lubię Martę Żółkiewską, myślę, że ma potencjał, by po rozwikłaniu rodzinnych zawiłości odnaleźć siłę w sobie, niezależnie od dobrych czy złych doświadczeń poprzednich pokoleń, niezależnie od więzów krwi lub ich braku. W takim punkcie jej życia ją opuściłam, wierząc, że jej przyszłość rysuje się jasno. 

 

M.K.: Przyszłość Marii B. raczej nie rysuje się jasno – powieść kończy się strasznie...

 

A.K.: Tak, dla Marii B. nie widzę specjalnie nadziei, dlatego powieść kończy się makabrycznym akcentem. Porażają mnie osoby takie jak ona, niezdolne do refleksji nad sobą, choć jednocześnie cały czas sobą zaabsorbowane. Pojawiają się czasem pytania, czy nie myślałam o tym, żeby dopisać drugą część z tą bohaterką.

 

M.K.: I co? Czytelnicy lubią serie wydawnicze.

 

A.K.: Zupełnie nie widzę takiej możliwości. Maria B. pozostanie tym, kim jest – kobietą upadłą. Mogłaby tylko upaść niżej. Udawać lepiej. Kłamać nawet podczas pobierania powietrza. Ale sądzę, że sylwetka jaką stworzyłam, już daje wystarczająco dobry obraz i dla wielu jest nie do zniesienia. 

 

M.K.: „Długa zima w N.” i „Kolebka” ukazały się w księgarniach w krótkim odstępie czasu i wydane zostały w dwóch różnych oficynach. Pracowałaś nad nimi równocześnie?

 

A.K.: Najpierw napisałam „Długą zimę w N.” i wysłałam książkę do wydawnictw, po czym od razu zaczęłam pisać „Kolebkę”. Musiałam chyba odreagować dość długą, intensywną obecność Marii B. w moim życiu. Fakt, że obie książki zostały wydane w tak krótkim odstępie czasu wiąże się z zawiłościami na rynku wydawniczym, na które nie miałam wpływu, ale też specjalnie nie narzekam. Cieszę się, że oba tytuły wciąż są do nabycia. 

 

M.K.: Co Cię inspiruje? Dlaczego w ogóle zaczęłaś pisać? 

 

A.K.: Nauczyłam się płynnie czytać, kiedy miałam trzy lata. Od tego czasu za najprzyjemniejszą formę rozrywki uznaję wejście w świat literackiej fikcji. Bardzo szybko zorientowałam się, że tak samo przyjemne jest stwarzanie światów. Pisałam wiesze, dramaty, wygrywałam konkursy literackie i polonistyczne olimpiady. Zaprzestałam tego, kiedy zaczęłam tzw. dorosłe życie, czyli po prostu zajęłam się pracą. Wydawało mi się to niepoważne. Teraz uważam, że niepoważne jest przehandlowanie życia za kredyty i konsumpcyjne dobra. Należy trzymać się tego, co czyni nas wyjątkowymi i niepowtarzalnymi. Każdy ma jakąś swoją szczególną cechę, jakiś dar, nie chciałabym nazywać tego talentem, raczej predyspozycją. Wróciłam do pisania po trzydziestce, bo sądzę, że to moja osobista droga, mój sposób przetrawienia rzeczywistości. Inspiracje czerpię z prasy, z obserwacji, z rozmów, z literatury, ale główną rolę grają tu jednak wyobraźnia okiełznana pisarskim warsztatem.

 

M.K.: Nad czym obecnie pracujesz i kiedy możemy spodziewać się kolejnego tytułu? Mam nadzieję, że niebawem…? 

 

A.K.: Ukończyłam trzecią powieść, całkiem inną od dwóch poprzednich. Bardzo współczesną i dotykającą aktualnej problematyki. Jest też, jak sądzę, dość kontrowersyjna. Mam nadzieję, że niebawem ukaże się drukiem, niestety nie mogę jeszcze podać żadnych wiążących szczegółów.  Myślę nad kolejną. Proces powstawania książki zawsze zaczyna się od tego, że jakiś temat mocno mnie uwiera. I jest teraz taki jeden temat, ale wciąż szukam dla niego odpowiedniej formy. 

 

M.K.: Mam nadzieję, że wkrótce ją znajdziesz:) Życzymy powodzenia!

Wywiad z Agnieszką Lingas-Łoniewską "Witajcie w moim czystym świecie"

Rozmowa Magdaleny Knedler z Agnieszką Lingas-Łoniewską, autorką powieści „Brudny świat”

 

Agnieszka Lingas-Łoniewska zadebiutowała w roku 2010 – od tego czasu minęło pięć lat, a  jej dorobek pisarski powiększył się o kilkanaście książek. Tworzy zawodowo. Nie narzeka na polski rynek wydawniczy i otwarcie mówi o tym, że utrzymuje się tylko z pisania. Jej książki są ciepło przyjmowane przez czytelników i rozchodzą się w dużych nakładach. Brudny świat, powieść, którą w tym roku opublikowało wydawnictwo Novae Res, powstała cztery lata wcześniej i ukazała się w... USA. Z Agnieszką Lingas-Łoniewską rozmawiamy o sukcesie Brudnego świata, pisarskich doświadczeniach i planach na przyszłość. 

 

 



 

 

 

Magdalena Knedler: Powieść Brudny świat ukazała się po raz pierwszy w 2010 roku za oceanem. Wielu polskich pisarzy marzy o tym, by publikować swoje książki za granicą - jak Ci się to udało?

 

Agnieszka Lingas-Łoniewska: To był taki eksperyment, coś na zasadzie: „sprawdźmy, czy to w ogóle jest możliwe”. Nie robię z tego wielkiego halo, po prostu wysłałam tekst do pierwszego z brzegu wydawnictwa i udało się. Jeden z wielu pomysłów, który zrealizowałam. Dzięki temu zobaczyłam jak duże są różnice w procesie wydawniczym w USA i w Polsce.

 

M.K.: Dlaczego zdecydowałaś się na polskie wydanie dopiero teraz, po czterech latach?

A.L.Ł.: Akcja Brudnego świata dzieje się w USA i gdy byłam debiutantką, wiedziałam, że wydawnictwo raczej nie będzie chciało wydać książki, której akcja nie dzieje się w Polsce.

 

M.K.: Jak to? Przecież polscy autorzy coraz częściej decydują się na „zagraniczne” miejsce akcji...

A.L.Ł.: Tak, obecnie powstaje wiele takich powieści polskich autorów, dlatego też podjęłam decyzję, aby zaproponować wydanie tej powieści u nas. Wydawnictwo Novae Res wykupiło prawa od wydawcy amerykańskiego i w lutym tego roku ta dramatyczna historia ukazała się w Polsce. Została bardzo dobrze przyjęta i wywołała prawdziwy boom mailowy, bo po premierze dostałam chyba najwięcej maili od czytelniczek w różnym wieku.

 

M.K.: W Brudnym świecie znajdziemy wiele odniesień do Wichrowych Wzgórz Emily Bronte. W kilku miejscach wprost cytujesz fragmenty tej powieści. Od początku zamierzałaś napisać fan fiction, czy tak wyszło przypadkiem?

A.L.Ł.: Nie, ta powieść powstawała jako odrębna historia, ale za namową koleżanki, która odwiedzała forum poświęcone sadze Zmierzch, zmieniłam imiona na „zmierzchowe”... 

 

M.K.: „Zmierzchowe”?:) 

A.L.Ł.: Taka była konwencja forum!:) Zaczęłam tam wrzucać Brudny świat jako powieść w odcinkach. Pamiętam, że ta historia była w czołówce, jeśli chodzi o ilość odsłon i wzbudziła szereg emocji, po każdym rozdziale dostawałam setki komentarzy, to był dla mnie szok.

 

M.K.: Postanowiłaś kuć żelazo...

A.L.Ł.: Tak. Wersja oryginalna została przygotowana przeze mnie w 2010 roku i w takiej formie wysłałam ją do Stanów. Niedawno dowiedziałam się, że Brudny świat znalazł się w encyklopedii fantastyki pod hasłem „fan-fiction”, tuż obok Cassandry Clare, między innymi. A jeśli chodzi o nawiązania do Wichrowych wzgórz, to przecież miłość Tommy’ego i Kati jest tak samo tragiczna, jak bohaterów powieści Bronte.

 

M.K.: Tak, miłość Kati i Tommy'ego jest tak samo tragiczna, ale też tak samo... daleka od ideału. Z tym, że w Wichrowych Wzgórzach bohaterowie jeszcze bardziej ranią siebie nawzajem. Nie lubisz bajek ze szczęśliwymi zakończeniami?

A.L.Ł.: Lubię, gdy książka „boli”. Gdy po jej przeczytaniu zostaje coś w czytelniku, gdy nie może przestać myśleć o właśnie pochłoniętej historii, gdy analizuje wszystko od początku i zastanawia się „co by było gdyby”. Najgorsza byłaby obojętność, a jeśli powieść wywołuje emocje, negatywne lub pozytywne, to najlepsza dla mnie zapłata. A tak między nami, uważam, że Brudny świat ma idealne zakończenie. Dzięki tej wielkiej miłości, Tommy Cordell nie żyje już w brudnym świecie. Ale swojego czystego świata nigdy wam nie pokaże.

 

M.K.: Skąd pomysł na osadzenie akcji w Los Angeles, w światku gwiazd rocka, top modelek i szaleńczych imprez?

A.L.Ł.: Idealne miejsce dla szołbizu, poza tym to miasto wzbudza we mnie szereg emocji, dużo czytam o LA, chciałabym kiedyś tam polecieć.

 

M.K.: Research zajął Ci dużo czasu? Zbierałaś materiały sama, czy też może konsultowałaś się z ludźmi profesjonalnie zajmującymi się muzyką?

A.L.Ł.: Zbierałam materiały sama, muzyka stanowi moją wielką pasję, czytam wspomnienia muzyków rockowych, ich biografie, zapiski. Oglądam też filmy poświęcone twórczości topowych gwiazd, dlatego też to wszystko bardzo pomogło mi stworzyć postać Tommy’ego Cordella.

 

M.K.: Gdzie szukasz inspiracji, zanim zasiadasz do pisania?

A.L.Ł.: Przede wszystkim muzyka jest dla mnie wielką inspiracją, a symptomy tego możecie odnaleźć w playlistach, każdorazowo dołączonych do książek. Możecie także posłuchać tych kawałków na moim kanale na youtube. 

 

M.K.: Czyli nie tworzysz w pełnym skupieniu i ciszy? Nie izolujesz się od dźwięków? 

A.L.Ł.: Nie potrafię pisać bez muzyki! To ona mnie nakręca i daje natchnienie, a także pomysły na kolejne zwroty akcji. W Brudnym świecie znajdziecie takie kawałki, jak Passenger Iggy'ego Popa, Pretty on scarlet Guano Apes, Baby, I’m gonna leave you Led Zeppelin, czy w finale Just to let you know Cultured Pearls.

 

M.K.: A jak to jest ze słynną weną? Czekasz na nią, czy podchodzisz do pisania bardziej "rzemieślniczo" i zadaniowo?

A.L.Ł.: Wena jest niezbędna, bez niej wszystko leży i kwiczy. Ale jestem pracoholiczką i dobrą organizatorką, poza tym jestem bardzo obowiązkowa i pilnuję terminów.

 

M.K.: Próbujesz przesuwać deadline?:)

A.L.Ł.: Deadline dla mnie to rzecz święta! Tekst zawsze oddaję przed czasem. Oczywiście mam chwile załamania i ogarnia mnie poczucie, że w życiu nie skończę książki, nad którą właśnie pracuję. Wówczas zostawiam tekst, zajmuję się czymś innym, relaksuję się, a wówczas pomysły, chęci wracają z nawiązką.

 

M.K.: Czytasz recenzje swoich książek? Opinie czytelników? Boli Cię krytyka?

A.L.Ł.: Czasami czytam, różnie bywa, zależy od mojego humoru. Krytyka boli, nie będę czarować, że nie. Najbardziej bolą niekonstruktywne pierdoły, uderzające we mnie jako osobę, a nie jako autora książki. Chociaż ostatnio tego jakby mniej. Więcej mam jednak pozytywnych odbiorów moich powieści.

 

M.K.: Miałaś kiedykolwiek problemy z publikacją swojej pierwszej powieści?

A.L.Ł: Nie.

 

M.K.: Żartujesz? Wielu początkujących pisarzy staje na rzęsach, żeby wydać swoją pierwszą powieść...

A.L.Ł.: Moja droga pisarska rozpoczęła się całkiem sprawnie. Wysłałam do kilkunastu wydawnictw Bez przebaczenia i Zakręty losu (tom I). Pierwsze odpowiedzi przyszły po 3 miesiącach jakoś. Potem, gdy już podpisałam umowę, nadal przychodziły. 

 

M.K.: Wiele słyszy się ostatnio słów krytyki na temat polskiego rynku wydawniczego. Autorzy narzekają na słabą promocję swoich książek, niskie zarobki... Jakie są Twoje doświadczenia?

 

A.L.Ł.: Łączy mnie kontrakt z wydawnictwem Novae Res, który zagwarantował mi normalne dochody i na chleb mi starcza. A nawet więcej niż tylko chleb. Oczywiście nie stałoby się tak, gdyby moje książki nie były ciepło przyjmowane przez czytelników i nie kupowane w całkiem miłych nakładach. 

 

M.K.: Czyli nie zasuwasz na kasie w Biedronce i nie piszesz po nocach? :)

A.L.Ł.: W tej chwili nie pracuję już zawodowo (byłam dyrektorem w korporacji), poświęciłam się pisaniu.To było moim marzeniem, aby utrzymywać się z pisania i udało mi się to osiągnąć. Co jest moją wielką radością i wiarą w to, że jeśli czegoś bardzo się chce, to należy i ciężko pracować i w to wierzyć. A wówczas marzenia naprawdę mają szansę się spełnić.

 

M.K.: Nad czym obecnie pracujesz?

A.L.Ł.: Kończę II tom trylogii chorwackiej, Szukaj mnie wśród lawendy. Zofia. Tom I nosi podtytuł Zuzanna i będzie miał premierę w październiku podczas Krakowskich Targów Książki. Tom III będę pisała jesienią, będzie miał podtytuł Gabriela. Jest to opowieść o trzech siostrach, wielkich miłościach, tajemnicach z przeszłości i ludzkich dramatach. Akcja książek dzieje się oczywiście w Chorwacji, na półwyspie Peljesac, w Polsce i w Niemczech. W książkach będzie umieszczony QR code, dzięki któremu będzie można przenieść się na stronę z fotografiami miejsc, o których przeczytacie w tych powieściach. Będą to zdjęcia autorstwa mojego męża i naszych przyjaciół. I w tych wszystkich miejscach byłam osobiście, tak więc tutaj research namacalny. 

 

M.K.: Będzie wzruszająco? Na forach internetowych czytelnicy piszą, że do Twoich książek powinni dawać gratisowe chusteczki...

A.L.Ł.: Mam nadzieję, że nieraz popłaczecie się podczas lektury tej trylogii...

 

M.K.: Będziesz jeszcze próbowała swoich sił w USA?

A.L.Ł.: Jasne, że będę, mam kilka książek już przetłumaczonych. Będziemy próbować :) A co, do odważnych świat należy :)

 

M.K.: Dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów:)

A.L.Ł.: Również serdecznie dziękuję :)

 

Wywiad z Mariuszem Kotowskim, autorem książki "Pola Negri. Własnymi słowami"

Ten wywiad zawdzięczamy Magdalenie Knedler, która dotarła drogą telefoniczną aż do Texasu, aby namówić autora książki na rozmowę. Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Mariuszem Kotowskim, autorem książki "Pola Negri. Własnymi słowami", która niedawno była recenzowana na naszym portalu właśnie przez Magdalenę. Miłej lektury!

Rozmowa Magdaleny Knedler z Mariuszem Kotowskim – amerykańskim reżyserem i pisarzem polskiego pochodzenia – o książce „Pola Negri. Własnymi słowami” 

 

Mariusz Kotowski – amerykański reżyser filmowy polskiego pochodzenia. Pisarz, choreograf, tancerz i producent, kierujący własną filmową firmą producencką Bright Shining City Productions LLC, działającą w Austin (Teksas) i w Los Angeles (Kalifornia). Autor książek o życiu Poli Negri - „Pola Negri. Legenda Hollywood”, „Pola Negri. Własnymi słowami”(redakcja i opracowanie) i najnowszej - „Pola Negri: Hollywood’s First Femme Fatale”. 

 

- - -

 

 

 

Jest czwartek, godzina 20:30 czasu polskiego. Dla mnie ten dzień już się kończy, dla pana Mariusza Kotowskiego – dopiero zaczyna. Dzielą nas godziny, tysiące kilometrów i ocean. Łączy – Pola Negri. To o niej właśnie będziemy rozmawiać. W głosie pana Mariusza słychać ogromną energię. Mówi z pasją i zaangażowaniem, odpowiada na pytania chętnie i szczegółowo. Okropnie się irytuje, kiedy nawiązuję do stereotypów na temat Negri. Ta rozmowa zapowiada się bardzo ciekawie... Zwłaszcza, że o stereotypy i obiegowe opinie (przeważnie negatywne) na temat tej słynnej niegdyś aktorki pytam często – Internet jest nimi wręcz naszpikowany. Chcę obalić mity. Chcę dowiedzieć się prawdy...   

 

1. Magdalena Knedler: Wielu polskich aktorów próbowało i próbuje zrobić karierę za granicą. Pola Negri dotarła do samego Hollywood. Dlaczego akurat jej się udało?

 

Mariusz Kotowski: Nie można mówić o tym, że Poli Negri się „udało”. Pola Negri zrobiła karierę przede wszystkim dlatego, że ciężko pracowała. Podchodziła do swoich zadań profesjonalnie, była zawsze dobrze przygotowana. Rozumiała również zasady show biznesu. Wiedziała, że musi znać odpowiednich ludzi i szukać opieki odpowiednich ludzi – oczywiście nie w negatywnym tego słowa znaczeniu. Chodziło raczej o specyfikę robienia kariery, która nigdy nie jest tylko i wyłącznie efektem jednostkowych działań. Sukcesu nie odnosi się w pojedynkę – trzeba mieć przy sobie ludzi, od których można się czegoś nauczyć, przyjąć odpowiednie rady, podjąć właściwe decyzje. Dla Poli Negri z pewnością ważną osobą była jej matka – Eleonora z Kiełczewskich. Ona również świetnie rozumiała to, że do sukcesu trzeba się dobrze przygotować, że to nie przychodzi ot tak sobie. Eleonora wiedziała, że musi pomóc córce, nauczyć ją czegoś o życiu, ułatwić jej wejście do odpowiedniego towarzystwa. Przekazała jej mądrość życiową. Pola Negri również była mądrą kobietą. To widać, kiedy czytamy jej pisma. Warto również wspomnieć o tym, że Pola Negri – kiedy już odniosła sukces – zawsze pomagała innym, prowadziła działalność charytatywną, wspierała tych, którzy pomogli jej u progu kariery. Matki również nigdy nie opuściła. Opiekowała się nią do końca życia. 

 

2. M.K: Pola Negri była u szczytu swojej kariery w latach dwudziestych ubiegłego wieku. Później postanowiła poświęcić się rodzinie i przejść na emeryturę. Po stracie dziecka i rozpadzie drugiego małżeństwa wróciła do pracy – nigdy jednak nie udało jej się odzyskać dawnej pozycji. Pod koniec lat czterdziestych zrezygnowała z grania w filmach. Spotkałam się z opinią, że to przez jej obco brzmiący akcent, jednak kiedy czytałam jej eseje krytyczno-filmowe, odniosłam wrażenie, że Negri po prostu... przestała lubić kino...

 

Mariusz Kotowski: Pola Negri miała wyrobione nazwisko, była legendą kina, zdobyła pozycję, o jakiej wiele gwiazd mogło tylko pomarzyć. Kiedy osiągnęła pewien wiek, nie chciała już kreować się na diwę – nie musiała tego robić. Nie musiała sobie niczego udowadniać. Poza tym w tamtych czasach nie pisało się wielu dobrych ról dla dojrzałych kobiet – takie role można było policzyć na palcach. Wbrew pozorom nawet teraz nie pisze się ich wiele – tak jak i nie ma wielu dojrzałych aktorek, dla których kino jest wciąż prawdziwą pasją. Nazwiska się powtarzają – Meryl Streep... 

 

Obco brzmiący akcent? To jakaś bzdura! Pola Negri zrobiła przecież wiele filmów mówionych, w tym „Na rozkaz kobiety” (1932) i „Mazur”(1935), w którym również śpiewa, i jakoś nikt nie miał problemu z akcentem! Głos również miała bardzo dobry, wcześniej przecież grała w teatrze, była przygotowana do tego zadania. 

 

Jeżeli chodzi o jej miłość do kina... Tak, Pola Negri do pewnego stopnia przestała kochać kino. Mało tego – ona przewidziała, że kino umrze, że zje własny ogon. Wiedziała, że film mówiony jest dobry wtedy, kiedy ma dobry scenariusz i dobre dialogi – jeśli tego nie ma, film staje się płaski i bezbarwny, aktorzy grają sztucznie, to już nie jest sztuka, tylko siedzenie i gadanie. Nie ma prawdziwego grania, nie ma dynamiki, nie ma dramatyzmu. A Negri była artystką! Chciała uprawiać sztukę. Irytowały ją schematyczne scenariusze, płaskie emocje... Ze swoimi poglądami wybiegała w przyszłość – swoje eseje pisała mniej więcej siedemdziesiąt lat temu, a niektóre z nich są aktualne do dziś. Wystarczy spojrzeć na pewne współczesne filmy i seriale... Negri osiągnęła już sukces. Nie musiała tkwić w tym biznesie na siłę. 

 

3. M. K.: Ale rola w „Bulwarze zachodzącego słońca” Billy'ego Wildera była napisana z myślą o dojrzałej aktorce właśnie. Podobno miała w tym filmie zagrać Pola Negri, ostatecznie jednak zaangażowano Glorię Swanson. Dlaczego? Panują na ten temat sprzeczne opinie. Jedna głosi, że Wilderowi nie spodobał się akcent Negri, inna, że sama Negri odrzuciła tę rolę... A przecież swego czasu był to naprawdę wielki film – trzy Oscary i osiem nominacji, w tym za główną rolę kobiecą...

 

Mariusz Kotowski: Nie wiem, jakie panują opinie, wiem, jak było. I znowu ten akcent? Nie... Billy Wilder pod koniec lat czterdziestych szukał gwiazdy, by zagrała w jego filmie. Scenariusz się wówczas do niczego nie nadawał – był po prostu słaby. Wilder rozmawiał najpierw z Mae West i Mary Pickford, później z Polą Negri. Negri nie spodobał się scenariusz, Wilder nie miał wtedy pieniędzy na dokonanie poprawek, a poza tym główną rolę w tym filmie miał grać Montgomery Clift. Clift grał delikatnie, był subtelny, Negri z kolei grała charyzmatycznie, mocno i nie pasowali do siebie. Wilder pracował nad scenariuszem przez kilkanaście miesięcy, obsadzono innego aktora (William Holden), bardziej odpowiedniego do tego filmu, w tym czasie do USA przyjechała matka Poli Negri, więc aktorka nie chciała angażować się w projekt, ostatecznie rola przypadła Glorii Swanson...

 

4. M.K.: Pola Negri przerwała swoją aktorską emeryturę w latach sześćdziesiątych, by wystąpić w filmie Walta Disneya „Księżycowe prządki”. Dlaczego zrobiła wyjątek akurat w wypadku tego filmu? Rola Madame Habib nie była przecież zbyt rozbudowana?

 

Mariusz Kotowski: To była bardzo dobra rola! Poza tym jaka emerytura? Ona po prostu nie chciała grać! Ale zadzwonił do niej właściwy człowiek. Człowiek, z którym warto było porozmawiać. Książka „Księżycowe prządki” okazała się bestsellerem, Negri ją czytała, później przeczytała scenariusz i uznała, że rola jest interesująca i warto wziąć udział w tym projekcie. Poza tym, nie oszukujmy się, dobrze zarobiła... Na występ w tym filmie złożył się szereg ważnych czynników. Od artystycznych po biznesowe. Pola Negri dostawała również sporo propozycji z Polski, ale... o ich odrzuceniu decydowała często postawa roszczeniowa, propozycje, by pracowała za darmo lub za symboliczną kwotę. A przecież Pola Negri była wielką gwiazdą! Osiągnęła sukces, o jakim wielu aktorów mogło tylko marzyć... Negri była rozczarowana brakiem ciekawych propozycji z Polski, rozczarowana tą roszczeniową postawą.  

 

5. M.K.: Czy zgadza się Pan z opinią, że najwartościowsze pod względem artystycznym filmy Negri powstały w Niemczech jeszcze przed jej wyjazdem do USA? Mowa tutaj głównie o filmach reżyserowanych przez Ernsta Lubitcha. 

 

Mariusz Kotowski: Ernst Lubitch miał szczęście, że poznał Polę Negri. On był dobry, jego filmy były dobre, ale Pola...  to o nią chodziło. Negri była gwiazdą tych obrazów, wyznaczała jakość, spajała je w całość. Ona też pomogła Lubitchowi w karierze, obstawała, by to on reżyserował jej filmy. To nieprawda, że niemieckie filmy Negri są najbardziej wartościowe artystycznie. Jej amerykańskie filmy też są bardzo dobre – wiele z nich okazało się wielkimi przebojami, jak choćby „Hotel Imperial”. Nie można tym obrazom odbierać jakości. Poza tym były też bardzo dobre filmy francuskojęzyczne – Negri świetnie mówiła po francusku – i znakomita „Ulica potępionych dusz”, nakręcona w Wielkiej Brytanii. 

 

6. M.K.: Spotkałam się kiedyś ze stwierdzeniem, że Pola Negri wstydziła się swojego pochodzenia i nie wróciła do Polski pomimo licznych zaproszeń. Kłóci się to nieco z jej pismami, w których określa się jako patriotkę...

 

Mariusz Kotowski: Czytała Pani książkę, niech mi Pani powie, czy Pola Negri była patriotką? Była? No właśnie! To wszystko jakaś dziwna propaganda... Nie wróciła, bo nie miała do czego, o propozycjach filmowych (i ich specyfice) już mówiliśmy wcześniej. W Stanach miała wszystko – ugruntowaną pozycję, dom, zabezpieczoną przyszłość, sprowadziła tam swoją matkę... Pola Negri zawsze podkreślała to, że jest Polką. A przecież mogła przemianować się na aktorkę „niemiecką” - to w Niemczech zaczęła robić prawdziwą karierę. A Niemcy? Z pewnością stawialiby jej teraz pomniki, wydawali jej filmy na DVD i uznawali za pierwszą przed Marleną Dietrich i Gretą Garbo! Bo Pola Negri była pierwsza! Niemcy uważaliby ją za swoją „wielką” gwiazdę, ale Negri nie chciała być postrzegana jako niemiecka aktorka. Mówiła o tym, że jest z Polski, z Lipna... I pewnie było jej ciężej z tym, niż gdyby uznała się z aktorkę niemiecką. Nie wiem, dlaczego Polacy tak ją postrzegają – to jest chyba temat na cały osobny artykuł? Dlaczego Polacy nie są z niej dumni? Dlaczego nie wydają jej filmów na DVD? Ostatnio oczyszczono film  „Mania” (1918) - odbyło się kilka pokazów w Polsce. Dlaczego ten film nie miał szerszej dystrybucji? Dlaczego nie wydano tego na DVD? Jest to niepojęta rzecz... Filmy Poli Negri powinny być dostępne szerszej publiczności, powinno się je odnawiać, powinni je oglądać studenci aktorstwa. Przecież to była wielka aktorka! I nigdy nie wstydziła się tego, skąd pochodziła. Kochała Polaków, ale zwyczajnie bała się tego, co ją mogło tu czekać po powrocie... A Polacy? Są dumni z tego, że Roman Polański zrobił karierę w USA (przed skandalem obyczajowym), tymczasem Polański dla wytwórni Paramount Pictures nakręcił dwa filmy, a Pola Negri – dwadzieścia jeden...  

 

7. M.K.: Jak to było z pogrzebem Rudolfa Valentino? Panuje przekonanie, że Pola Negri wykorzystała pogrzeb swojego narzeczonego w celach – jakbyśmy to dziś ujęli – „marketingowych”. Ponoć rozpaczała publicznie i demonstracyjnie mdlała, zawsze na oczach dziennikarzy, co odbiło się na jej wizerunku. Może Pan coś na ten temat powiedzieć? Ze wspomnień Negri wynika, że ją i Rudolfa Valentino łączyło prawdziwe uczucie.

 

Mariusz Kotowski: W celach marketingowych? Z pewnością nie wpłynęło to źle na jej wizerunek. Po śmierci Rudolfa Valentino wyszedł „Hotel Imperial” i okazał się ogromnym sukcesem, zarobił mnóstwo pieniędzy. Negri nie ucierpiała wizerunkowo, z powodzeniem promowała film. Mdlała? No... była młoda, miała dopiero trzydzieści lat, reagowała emocjonalnie, pokazywała to mocno – być może uwierzono, że robiła to na pokaz? Valentino umarł w Nowym Jorku, Pola kręciła film w Hollywood, jechała na jego pogrzeb bardzo długo, była wykończona fizycznie i emocjonalnie... Miała przecież wyjść za niego za mąż, łączyła ich silna więź. Być może żerowano na tej tragedii, stąd opinie. Ludzie niekiedy wypisują różne rzeczy...

 

8. M.K.: Jak Pan myśli, dlaczego świat zapomniał właściwie o Poli Negri? Pamiętamy o Charliem Chaplinie, o Glorii Swanson, Grecie Garbo, nawet o Rudolfie Valentino, który zmarł tak wcześnie, a wielu z nas nie potrafi wymienić nawet jednego filmu z Negri...

 

Mariusz Kotowski: Większość tych aktorów to i tak tylko nazwiska. Nazwisko Negri również jest pamiętane, a nieznajomość twórczości i dokonań wynika z tego, o czym mówiliśmy wcześniej. Brak DVD, brak szerszej dystrybucji... Trzeba wydać jej filmy, oglądać je! Chciałbym, żeby ktoś w Polsce wreszcie wziął się za ten materiał i napisał książkę o Poli Negri – o jej działalności w Polsce. Powinna istnieć jakaś instytucja, która zajmowałaby się przechowywaniem pamięci o Poli Negri, jakieś Towarzystwo. W Lipnie jest taka placówka (Lipnowskie Towarzystwo Kulturalne im. "Poli Negri"), ale niewielka... A Warszawa, Sosnowiec? Przecież tam również występowała Negri! Mam nadzieję, że książka o Poli Negri powstanie w Lipnie. To mała miejscowość, ale z pewnością znajdzie się tam wiele takich osób, które potrafią dobrze pisać... Niech ktoś to w końcu zrobi. Liczę na to. Czekam na polską książkę o Poli Negri w Polsce. W Stanach wyszła właśnie moja nowa pozycja – „Pola Negri: Hollywood’s First Femme Fatale”. Więcej książek o Negri nie napiszę. Czekam, aż ktoś w Polsce sięgnie po ten materiał. Powtarzam: niech ktoś to w końcu zrobi...

 

M.K.: Dziękuję Panu bardzo za tę rozmowę!

 

- - -

 

Obiegowe opinie i stereotypy, które przytaczam w swoich pytaniach, to efekt wnikliwego internetowego researchu. Na forach internetowych – polskich i zagranicznych – możemy przeczytać rozmaite opinie na temat Poli Negri, „fakty” z jej życia, przekłamania i wnioski, które płyną z informacji niepopartych rzetelną wiedzą. To oczywiste, że obecnie człowiek najpierw szuka wiadomości w Sieci, a dopiero później sięga po odpowiednie pozycje książkowe. A przynajmniej czyni tak większość. Zależało mi na tym, żeby pewne rzeczy wyprostować, obalić mity, odbrązowić nieco postać Poli Negri, która powinna być w Polsce nie tylko pamiętana, ale z której także Polacy powinni być szczerze dumni. Pola Negri to kawał kultury – światowej, lecz także naszej lokalnej, polskiej. (Magdalena Knedler)

 

Poniżej podaję kilka linków do stron internetowych, które odwiedziłam:

 

http://www.imdb.com/name/nm0624470/board/thread/73238584

 

http://www.imdb.com/title/tt0043014/trivia?ref_=tt_trv_trv

 

http://www.imdb.com/name/nm0624470/bio?ref_=nm_dyk_trv_sm#trivia

 

http://www.filmweb.pl/person/Pola+Negri-69525/discussion/Któtki+materiał+o+Poli+Negri-1593037

 

http://gwiazdy-kina-xx-wieku.blog.onet.pl/2011/01/30/pola-negri-ciekawostki/

 

 

 

Wywiad z Saszą Hady, autorką "Trupa z Nottingham"

„Mnie w Nottingham interesował przede wszystkim trup na biurku” - z Saszą Hady rozmowa o „Trupie z Nottingham”

Trup z Nottingham jest drugą książką w dorobku Saszy Hady. Wydane w ubiegłym roku Morderstwo na mokradłach z miejsca podbiło serca czytelników, którzy z niecierpliwością oczekiwali kolejnej odsłony przygód Nicka Jonesa i Ruperta Marleya.

Z Saszą Hady rozmawiamy o kryminale biurowym, podglądaniu detektywa-partacza, pisarskich planach na przyszłość i jeszcze o tym, co to właściwie jest „retro”. Zapraszamy do lektury wywiadu.

 

Magdalena Knedler: Akcję Morderstwa na mokradłach – pierwszej odsłony przygód Nicka Jonesa i Ruperta Marleya – umieściła Pani w małej angielskiej wiosce. W Trupie z Nottingham mamy już miejską scenerię. Dlaczego akurat Nottingham?

Sasza Hady: Szczerze mówiąc, wybrałam Nottingham dość przypadkowo (może z przekory, bo przecież kojarzy się zawsze z jedną historią i jednym słynnym bohaterem). Dużo ważniejsza niż samo miasto była dla mnie przestrzeń wydawnictwa. Trup z Nottingham to kryminał biurowy, a nie miejski, i dlatego tym razem nie drażniłam się z topografią tak jak w przypadku Morderstwa na mokradłach. Nottingham to bardzo urokliwe angielskie miasto, ale nie czułam potrzeby "opowiadania" go na nowo. Mnie w Nottingham interesował przede wszystkim trup na biurku ;-) 

 M.K.: Wiem, że pracowała Pani bądź nadal pracuje jako redaktor. A tutaj mamy trupa w wydawnictwie i wiele tzw. zawodowych smaczków. Coś szczególnego Panią zainspirowało do wykreowania podobnej scenerii?

S.H.: Praca w wydawnictwie jest bardzo inspirująca i - chociaż pewnie ktoś, kto nie pracował w branży, raczej by się tego nie domyślił - pełna swoistej dynamiki. To nie jest tak, że redaktorzy siedzą sobie wygodnie przy biurkach i w błogim spokoju poprawiają interpunkcję, popijając herbatkę ziołową. W wydawnictwie na co dzień ścierają się różne osobowości, opinie, wizje organizacji pracy, listy priorytetów, gusta... Wydanie dobrze opracowanej książki wymaga wytrwałej pracy wielu osób, a zaangażowanie w dany projekt pociąga za sobą również reakcje emocjonalne. Pikanterii dodaje także praca na czas: niekiedy dotrzymanie terminu oddania książki do druku wydaje się absolutnie niemożliwe i trzeba podejmować trudne decyzje. Słowem, kiedy robi się gorąco, lepiej, żeby nikomu nie wpadły w ręce ostre nożyczki, bo różnie mogłoby się to skończyć ;-)

W którymś momencie doszłam do wniosku, że wydawnictwo to świetne miejsce na zbrodnię; tymczasem bardzo mało jest kryminałów, których akcja rozgrywa się w takich dekoracjach (mogę wymienić np. Grzech pierworodny P.D. James).  

M.K.: Narracja w Trupie z Nottingham jest bardziej zdezintegrowana niż w Morderstwie na mokradłach. W Pani poprzedniej książce narrator rzadziej opuszczał głowę Nicka Jonesa, by zrobić sobie wycieczkę po umyśle innego bohatera. W Trupie otrzymujemy wiele punktów widzenia, a wręcz kilka historii, które zasługują na miano „osobnych” (np. Amiya i Danny). Skąd ta zmiana?

S.H.: Zmiana, którą Pani dostrzegła, jest bardzo naturalna i chociaż nie zaplanowałam tego wszystkiego z długopisem w garści tudzież pedantyczną tabelką w Excelu, to właśnie tak chciałam to przeprowadzić. Pierwsza część posłużyła ekspozycji głównych bohaterów: Nicka, Ruperta i Ann i zbudowaniu atmosfery świata przedstawionego. Dla mnie - debiutantki - to też był całkiem nowy świat i chciałam go poprzez tę książkę poznać. Mając za sobą to wprowadzenie, w drugiej części mogłam sobie pozwolić na różne wycieczki i otwieranie kolejnych perspektyw bez obawy, że postaci głównych bohaterów gdzieś w tym zginą i się rozmydlą. 

Morderstwo na mokradłach na pewno zostanie na zawsze moim ukochanym pierworodnym dzieckiem, ale pisanie Trupa z Nottingham dostarczyło mi więcej satysfakcji, bo było trudniejsze i wymagało przejścia o poziom wyżej. Sama jestem ciekawa, jak to będzie z trzecią częścią ;-)    

 M.K.: Zauważam również jakąś intensywniejszą wymianę emocji między głównymi bohaterami. Rupert i Nick mają kilka „momentów”. Podczas lektury naprawdę zaczęłam współczuć biednemu Rupertowi... Mam wrażenie, że trochę go tu Pani bardziej uczłowieczyła?

S.H.: Rupert, podobnie jak Nick, rozwija się jako postać - czy też, patrząc z naszej perspektywy: poznajemy go lepiej. W Morderstwie na mokradłach był bohaterem-osobliwością, barwnym, przebojowym i nieco teatralnym, zwłaszcza w porównaniu z nieśmiałym Nickiem. W Trupie możemy zajrzeć pod podszewkę tej postaci (ale nie przesadzajmy z psychologizacją: pod podszewką kryje się przede wszystkim jeszcze więcej Ruperta;-)) Dowiadujemy się o nim więcej, ale też sam Rupert dużo bardziej aktywnie i świadomie uczestniczy w śledztwie (i na przykład odkrywa, że praca detektywa nie zawsze jest przyjemna).

 M.K.: W swoich kryminałach niespecjalnie skupia się Pani na tradycyjnej policyjnej robocie. W niektórych fragmentach Morderstwo i Trupa czyta się jak smakowite powieści obyczajowe...

S.H.: Śledztwo interesuje mnie przede wszystkim jako proces myślowy, a nie zestaw rutynowych czynności dochodzeniowych (chociaż niektórzy potrafią o nich fascynująco pisać). Przy tym dużo bardziej interesujące wydaje mi się obserwowanie przy pracy partacza niż zawodowca. Metody Nicka są chaotyczne, czasami intuicyjne, ryzykowne i całkowicie nieprofesjonalne - a przez to chyba czytelnikom łatwiej mu kibicować w jego szczerych, aczkolwiek nieporadnych wysiłkach. Takie podejście oczywiście sprawia, że warstwa obyczajowa staje się bardziej widoczna. Będę się upierać, że moje książki to kryminały z domieszką humoru, a nie komedie obyczajowe z lekkim wątkiem kryminalnym, ale zdaję sobie sprawę, że granica bywa cienka (to trochę tak, że Nick chce się skupić na pracy, ale w tym samym pokoju Rupert wyprawia dzikie harce w jedwabnym szlafroku ;-))         

 M.K.: Dlaczego na czas akcji wybrała Pani lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku (tak wnioskuję po komputerach i samochodach)?

S.H.: Końcówka lat osiemdziesiątych wydaje mi się bardzo wdzięcznym czasem z obecnej perspektywy. Na to, co wtedy wydawało się szczytem nowoczesności, spoglądamy teraz z lekkim politowaniem, ale też nostalgią (np. pierwsze komputery, które pojawiają się w wydawnictwie D&B). Z drugiej strony to czasy wciąż bardzo nam bliskie, a ja nie chciałam pisać kryminału retro (zakładam, że jeśli się jakiś rok pamięta, to rzecz nie zalicza się do retro;-)) 

 M.K.: Czy Pani książki mają szansę podbić zagraniczny rynek? W Anglii mogłyby się spodobać.

S.H.: Cóż, to trzeba będzie sprawdzić ;-)

M.K.: Skąd pomysł, by w swoich książkach kilka pomniejszych zagadek pozostawiać nierozwiązanych? Np. tutaj mamy dziwną wizytę Emmy w wydawnictwie – czekałam do samego końca na jakieś wyjaśnienie...

S.H.: Te pomysł pojawił się spontanicznie. Kończąc pisać Morderstwo na mokradłach, poczułam bunt na myśl, że teraz - kiedy wiadomo, kto zamordował - muszę wszystko punkt po punkcie wyjaśnić (tym bardziej, że prawdziwy sens niektórych niedopowiedzeń wydawał mi się w tym momencie opowieści dość zrozumiały i nie chciałam nikogo zanudzić). Doszłam do wniosku, że zabawniej będzie pozostawić rozwiązanie części zagadek czytelnikom, którzy sami muszą zdecydować, czy dana odpowiedź ich satysfakcjonuje czy nie. 

Przyznaję jednak, że zagadka z Emmą należy do tych trudniejszych ;-)

M.K.: Czy w Pani kolejnych książkach spotkamy jeszcze Jenny? Niektórzy czytelnicy (-czki) niespecjalnie jej ufają:)

S.H.: Jenny Stanfield powróci w trzeciej części przygód Bendelina i będzie pomagać Nickowi i Rupertowi w rozwiązywaniu zagadki kolejnego tajemniczego morderstwa. 

Nigdy dotąd nie myślałam o niej jako o postaci wzbudzającej nieufność, ale chyba coś w tym jest. Jenny nie można przypisać złej woli, ale jest jedną z tych niewinnych, uroczych osób, które beztrosko rzucają śnieżką w górach, a potem, kiedy lawina pochłania alpejską wioskę, mówią "Ojej" i są szczerze zdziwione. 

 

M.K.: Czy spodziewała się Pani, że Morderstwo na mokradłach zapoczątkuje serię? Bo oczywiście będą kolejne książki o Nicku i Rupercie?

S.H.: Nie, nie spodziewałam się tego. Na pewno nie miałam takich planów, gdy zaczynałam pisać Morderstwo, ale kiedy kończyłam, wiedziałam, że nie chcę się jeszcze rozstawać z Nickiem i Rupertem. Teraz zaczynam pracować nad trzecią częścią, ale czy będzie ich więcej - nie wiem. Nie chcę myśleć "dalej" niż o jedną książkę do przodu (częściowo dlatego, że zawsze mam nadzieję, iż podczas pisania moi bohaterowie przejmą kontrolę nad wydarzeniami - i nawet nie próbuję przewidywać, co będzie się działo potem).  

 M.K.: Zrobi sobie Pani kiedyś małą wycieczkę do innego gatunku, czy zostanie przy powieściach kryminalnych?

S.H.: Bardzo lubię pisać kryminały, ale mam zamiar spróbować swoich sił także w innych gatunkach. W tej chwili pracuję nad kilkoma książkami jednocześnie - jedną z nich jest zbiór opowiadań fantasy. W szufladzie mam też sporo różnych opowieści dla dzieci i ciągle mam nadzieję, że uda mi się je kiedyś wydać.  

 

Dziękuję za rozmowę!

 

 

 

 

Między kabaretową sceną a literackimi (za)światami – wywiad z Przemysławem Borkowskim

Między kabaretową sceną a literackimi (za)światami – wywiad z Przemysławem Borkowskim, przeprowadzony przez Agnieszkę Grabowską.

Przemysław Borkowski - urodził się w 1973 roku w Olsztynie, dzieciństwo i młodość spędził w Dywitach na Warmii. Jeden z członków Kabaretu Moralnego Niepokoju. Pisał felietony dla Onet.pl i miesięcznika „Kariera”. Współpracował z „Przekrojem”, pisząc satyryczne wiersze na ostatnią stronę. W 2009 roku wydał debiutancką powieść „Gra w pochowanego”, a w 2011 zbiór opowiadań „Opowieści Central Parku”.
W 2013 roku opublikował nietuzinkowy i zaskakujący thriller „Hotel Zaświat”.

(źródło: oficynka.pl)

 

Agnieszka Grabowska: Miałam okazję gościć niedawno - czytelniczo - w "Hotelu Zaświat". To była bardzo udana, inspirująca wizyta, choć zazwyczaj nie sięgam po thrillery, dość rzadko po kryminały. Pańska powieść okazała się jednak gatunkową hybrydą, znalazłam w niej elementy prozy obyczajowej, historycznej, sensacyjnej, horroru. Chciałam zapytać, jak Pan osobiście zaklasyfikowałby "Hotel..." pod względem gatunkowym oraz czy można, Pana zdaniem, w takich "mieszańcach" upatrywać przyszłości literatury?

Wywiad z Joanną Opiat-Bojarską oraz konkurs!

Joanna Opiat – Bojarska 

Poczęta, urodzona i mieszkająca w Poznaniu, absolwentka poznańskiej Akademii Ekonomicznej.

Prowadzi firmę działającą na rynku nieruchomości. Książki zaczęła pisać przez przypadek.

Zadebiutowała szczerą i inteligentną powieścią obyczajową "Kto wyłączy mój mózg?", która ujrzała księgarniane światło dzienne w październiku 2011 roku. To miała być jedyna książka, którą popełniła. Niestety wpadła w uzależnienie od pisania, dlatego też chwilę później pojawił się „Blogostan”, a po nim „Klub Wrednych Matek".

Prywatnie – szczęśliwa żona, matka właścicielka różowego laptopa, w którego stuka, w każdej wolnej chwili.

Wywiad z Agnieszką Lingas-Łoniewską przy okazji premiery jej najnowszej powieści "W szpilkach od Manolo"

Zapraszamy do lektury wywiadu z Agnieszką Lingas-Łoniewską, przy okazji premiery jej najnowszej powieści, komedii, kryminału i romansu w jednym, czyli "W szpilkach od Manolo".

Rozmowę z autorką przeprowadziła Magdalena Zimniak, także pisarka, autorka m.in., Willi, Pokoju Marty i Jeziora cierni.

 

 

MZ: Agnieszko, dzisiaj premiera Twojej najnowszej książki „W szpilkach od Manolo”. Jak czujesz się w związku z tym? Czy autorka, która zdobyła już rzesze fanów, denerwuje się?

ALŁ: Zawsze się denerwuję. Myślę o tym, jak czytelnicy przyjmą nową książkę, czy nie będą się czuli zawiedzeni, czy pokochają postaci, którymi ja sama żyłam przez kilka miesięcy. A teraz puszczam je, niejako na wolność i martwię się, jak sobie poradzą. Poza tym ta powieść to trochę inna „ja”. Nie ma tu dramatów, rozpaczy, jest humor, lekki kryminał i romans oczywiście. Główna bohaterka to uparta i zadziorna menadżerka w korporacji, która ma już dość pracy w bezdusznej korpo. I proszę nie doszukiwać się analogii :) Liliana jest szalona, bardzo przekorna i szybciej mówi niż myśli. To często sprawia, że kłopoty najzwyczajniej w świecie lgną ją do niej jak pszczoły do miodu.

Wywiad z Małgorzatą Rogalą

 

 

 

Wywiad z Małgorzatą Rogalą,

autorką książki

"To, co najważniejsze"

 

 

Katarzyna Pessel: Pierwsza myśl, jaka mi się nasuwa, gdy biorę książkę do ręki, to ta, dotycząca pomysłu na powieść. Co było inspiracją do napisania „To, co najważniejsze”?

Małgorzata Rogala: Prawie cztery lata temu byłam zarejestrowania przez jakiś czas na portalu Nasza Klasa. Odnowiłam wtedy niektóre znajomości, wysłuchałam kilku niezwykłych historii i… pojawił się pomysł na powieść. Pomyślałam, „jak nie teraz, to kiedy?” i postanowiłam zrealizować marzenie, które towarzyszyło mi od czasu, gdy chodziłam do szkoły podstawowej. W siódmej i ósmej klasie pisałam opowiadania miłosne dla kilku koleżanek z klasy, a one były tak życzliwe, że nazywały szesnastokartkowe zeszyty w kratkę „książkami”